Załaduj stronę bez animacji...
Ładowanie strony...
Idź do...

www.nzn24.pl

Dobra nauka i dobre prawo

RSS Feed

23 września 2017

Czy UE to IV Rzesza Niemiecka?


Unia Europejska idzie śladem III Rzeszy

Choć niektórzy doszukują się podobieństw do ZSRR, to centralnie sterowana z Brukseli unijna gospodarka coraz bardziej przypomina narodowosocjalistyczną gospodarkę III Rzeszy.

Za PRL-u mieliśmy przedsiębiorstwa państwowe i państwową własność wszystkiego, a teraz mamy gigantyczny fiskalizm, rozwinięty interwencjonizm państwowy, regulacje pod pretekstem bezpieczeństwa, ekologii, zdrowia i dotacje do biznesu – na otwieranie firm, do eksportu, na działania proekologiczne, w tym do „zielonej” energii, na innowacje, dla firm zatrudniających niepełnosprawnych, „odpowiedzialnych socjalnie” czy pod innymi pretekstami. Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu z PO, oburzał się, że unijne władze zmniejszają wzrost budżetu Unii Europejskiej na rok 2013, gdyż jego zdaniem duży budżet umożliwiłby pobudzenie wzrostu gospodarczego. Niestety rozumuje on jak typowy socjalista pokroju prof. Grzegorza Kołodki czy prezydenta USA Baracka Obamy, że to sektor państwowy, a nie prywatny tworzy rozwój i dobrobyt. Nawet w USA na dotacje dla firm wydaje się prawie 100 mld USD rocznie.

W wyniku tych wszystkich nadmiernych regulacji, interwencjonizmu państwowego i protekcjonizmu celnego zarówno w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej dochrapaliśmy się gospodarki na kształt faszystowskiej ekonomii rodem z III Rzeszy, co niewiele ma wspólnego z kapitalistyczną gospodarką wolnorynkową. Mianowice niby większość firm jest własnością prywatną, ale w rzeczywistości – jak w państwie Hitlera – właściciel niewiele może zrobić, gdyż tak ograniczają go przepisy i regulacje zarówno unijne, jak i – powstałe na ich podstawie i nie tylko – krajowe, że musi wykonywać nakazy państwa. Z drugiej strony tak jak Unia Europejska i współczesne państwa opiekuńcze, III Rzesza rozszerzała dostęp do publicznej służby zdrowia, publicznej edukacji i pomocy socjalnej, atakowała wielki biznes i świat finansów. Przedsiębiorca jest ubezwłasnowolniony przez państwo, a ten kto nie bierze dotacji, jest uważany za dziwadło. W rezultacie to państwo kieruje gospodarką jak w państwie Hitlera. A jeszcze bardziej zbliżają nas do tego modelu nacjonalizacje unijne – jak wykupywanie udziałów w bankach podczas kryzysu czy polskie – jak planowane nabycie udziałów w zbankrutowanych firmach budujących autostrady.

Oczywiście te wszystkie pieniądze, które państwo wydaje na różne formy „wspierania” biznesu, co samo w sobie jest curiosum, nie biorą się z powietrza. Przecież nie zarobił ich żaden polityk, tylko najpierw tych samych przedsiębiorców złupił poprzez różne podatki, obowiązkowe składki oraz bardziej lub mniej ukryte opłaty. „Kiedy rząd pożycza pieniądze biznesowi lub go dotuje, to tym samym opodatkowuje prywatny dobrze działający biznes, aby wspierać prywatny źle działający biznes” – zauważył Henry Hazlitt, amerykański dziennikarz i ekonomista. Sytuacja jest tak patologiczna, że aż dziw bierze, iż przy tak wysokich wydatkach państwowych, tak licznej bezproduktywnej klasie biurokratów utrzymywanej przez podatników, emerytów, rencistów, bezrobotnych żyjących na socjalu i odbiorców różnych innych państwowych zasiłków ten system jeszcze się nie zawalił. Niektórzy uważają, że polska gospodarka jeszcze jako tako funkcjonuje w związku ze stosunkowo niskimi płacami w porównaniu do wydajności, ale z pewnością taka polityka jest nie do utrzymania na dłuższą metę, bo są kraje, gdzie płace są jeszcze niższe. A może ratuje nas co innego i rację ma Tomasz Kotwica, który na portalu prawica.net pisze: „To my, Polacy, jako jedyny naród na świecie, znaleźliśmy się w pierwszej trójce w dwóch bardzo ważnych rankingach: przedsiębiorczości i pracowitości”?

Z analizy Forum Obywatelskiego Rozwoju wynika, że na koniec 2011 roku w Polsce pracowało nieco ponad 16 milionów osób, z czego aż 3,5 miliona w sektorze publicznym! Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w pierwszym kwartale tego roku te relacje jeszcze się pogorszyły, bo zmniejszyła się liczba aktywnych zawodowo pracujących do poniżej 16 milionów. W stosunku do IV kwartału 2011 roku, w I kwartale br. liczba osób aktywnych zawodowo spadła o 87 tys., czyli o 0,5 proc., a populacja biernych zawodowo wzrosła o 93 tys., czyli o 0,7 proc. Wśród aktywnych zawodowo populacja pracujących zmniejszyła się o 220 tys., czyli o 1,4 proc., a liczba osób bezrobotnych zwiększyła się – o 133 tys., czyli o 7,6 proc. – podaje GUS. Czyli sytuacja się pogarsza, a władza nie robi nic, by zmienić prowadzący do katastrofy trend.

Zamiast obniżyć podatki wszystkim przedsiębiorcom (co zaczyna robić nawet uznawana za socjalistyczną Szwecja czy komunistyczne Chiny, by wspomóc gospodarkę), podatki i obowiązkowe składki podnosi się, a na dodatek tworzy się sztuczne podmioty pseudogospodarcze, jak państwowe fundusze, różnorakie agencje rozwoju, parki przemysłowe, inkubatory przedsiębiorczości czy samorządowe fundusze pożyczkowe, których jedynym tak naprawdę celem są miejsca pracy dla biurokratów w nich zatrudnionych, najczęściej powiązanych rodzinnie lub towarzysko z władzami lokalnymi. Zamiast zredukować, jak w nastawionej na rynek Nowej Zelandii czy Gruzji, a najlepiej całkiem zlikwidować tzw. klin podatkowy, rząd i parlament zdominowany przez PO woli podnosić składki rentowe, płacę minimalną i inne obciążenia dla przedsiębiorców, jak nowy pomysł Ministerstwa Zdrowia, by zwiększyć składkę zdrowotną z obecnych 9 procent do 13,5 proc. płacy brutto, czyli aż o połowę! Mimo że okazało się, iż podniesienie podstawowej stawki podatku VAT z 22 proc. do 23 proc. spowodowało w Polsce, zgodnie z krzywą Laffera, obniżenie wpływów z tego tytułu!

Podobne doświadczenia były udziałem Nowej Zelandii – gdy z 33 proc. do 39 proc. podniesiono najwyższą stawkę PIT, wpływy z podatków od najbogatszych 10 procent Nowozelandczyków zmniejszyły się o 13 procent. Bogaci Francuzi przed 75-procentowym podatkiem dochodowym uciekają do Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Nękani przez włoskie urzędy podatkowe właściciele jachtów przenoszą się z włoskiego wybrzeża do bardziej przyjaznych portów zagranicznych – do wybrzeży Chorwacji, Słowenii, Czarnogóry, na Maltę czy nawet do Tunezji. Z kolei bogaci Amerykanie i firmy uciekają przed nadmiernym fiskalizmem do innych stanów: z Kalifornii, Maryland, Pensylwanii czy Nowego Jorku do Utah, Teksasu, Wirginii czy na Florydę, gdzie podatki dochodowe są niższe. A najbardziej radykalni (a może ciemiężeni fiskalnie) zrzekają się amerykańskiego obywatelstwa, jak Edward Saverin, współtwórca Facebooka czy milionerka Denise Rich tylko po to, by uniknąć płacenia wysokich podatków w USA. Tylko w 2011 roku z tego powodu z amerykańskiego obywatelstwa zrezygnowało 1788 osób.

Choć bezrobocie rośnie, to polscy politycy tego nie rozumieją i nadal zdają się nie zauważać, że aktualnie obciążenie fiskalne płacy już i tak jest kontr zatrudnieniowe. Według obliczeń firmy doradczej PricewaterhouseCoopers, w kieszeni polskiego podatnika zostaje średnio 75 proc. jego pensji brutto, a pozostałą część zjada podatek PIT oraz składka na ubezpieczenie społeczne. Niestety to tylko część prawdy. Zgodnie z danymi GUS, przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale 2012 roku wyniosło 3496,82 zł brutto miesięcznie. Oznacza to, że w rzeczywistości łącznie pracownik zarabia 4222,06 zł, ale aż 1719,22 zł, czyli 40,72 proc. całości on albo pracodawca za niego musi oddać państwu poprzez składki i podatki (w tym na ZUS – 1115,48 zł!). Czyli w kieszeni podatnika nie zostaje 75 proc., jak optymistycznie wyliczyli eksperci PricewaterhouseCoopers, lecz zaledwie 59,28 proc. tego co zarobił! Tymczasem eksperci brytyjskiego Instytutu Adama Smitha piszą, że przedsiębiorcy w ogóle nie powinni być opodatkowywani i wyjaśniają dlaczego: ponieważ oni i tak nigdy nie płacą żadnych podatków, gdyż wszystkie one przerzucane są albo na klientów, albo na pracowników, albo ewentualnie na udziałowców. Klient kupi droższy towar lub usługę, pracownik otrzyma niższe wynagrodzenie, a udziałowiec będzie miał mniejsze zyski albo będzie musiał dopłacić do interesu. Po przeanalizowaniu danych ponad 55 tys. przedsiębiorstw w dziewięciu krajach europejskich w latach 1996-2003 ekspertom Instytutu wyszło, że to właśnie pracownicy płacą aż połowę podatków nałożonych na firmy.

Zamiast likwidować regulacje, które ograniczają konkurencję i podnoszą ceny zarówno dla biznesu, jak i konsumentów polskie władze wdrażają coraz bardziej szkodliwe unijne dyrektywy czy inne pomysły powstałe pod naciskiem różnych lobby. Jednym z takich „genialnych” pomysłów Brukseli jest ten, by ograniczyć możliwość zwalniania pracowników w razie kryzysu! Oznacza to tylko jedno – pogłębienie się recesji, bo jeśli mające problemy przedsiębiorstwo przy niesprzyjających warunkach rynkowych nie zostanie zrestrukturyzowane na czas, to po prostu zbankrutuje. Takiego skutku oczekuje  Komisja Europejska? A może, by zmniejszyć bezrobocie, lepiej od razu organizować jakieś panunijne imprezy kulturalne i sportowe, jak Kraft durch Freude, państwowa organizacja zajmująca się przygotowywaniem masowych imprez kulturalnych, turystycznych i sportowych dla obywateli III Rzeszy, dla której pracowały miliony Niemców?

W aż 236 spółkach Skarb Państwa ma 100 proc. udziałów, w kolejnych 59 ma udział większościowy, a w 494 – mniejszościowy. W każdej z nich minister skarbu ma do obsadzenia przynajmniej kilka stanowisk – w zarządzie czy w radzie nadzorczej. W efekcie majątek ten jest źle zarządzany i marnotrawiony. To właśnie tu rodzą się największe patologie, korupcja i nepotyzm. Nie ma się co dziwić, że wybuchają coraz to nowe afery z tym związane zarówno wśród aktualnie rządzących partii, jak i wybuchały w przeszłości. Media potępiają i wywlekają na wierzch kolejne afery z udziałem polityków PO i PSL, ale przecież za rządów PiS czy SLD było całkiem podobnie. Nawet ostatnio wyszło na jaw, jak samorządowcy PiS po różnych stanowiskach upychają kolegów w Głogowie. Identyczny mechanizm działa nawet na Pacyfiku. Mianowicie dyrektor generalny państwowego funduszu emerytalnego na Vanuatu zatrudnia własnych krewnych, którym na dodatek płaci więcej niż innym pracownikom. Dlatego niektórzy politycy sprzeciwiają się prywatyzacji. A dlaczego rządzący tak bronią się przed rosyjskimi inwestorami w polskiej chemii? W sprywatyzowanych spółkach chemicznych, jak Zakłady Azotowe Tarnów, nie będzie możliwości nepotyzmu jak choćby w państwowym Elewarze sterowanym nie przez rynek, a chłopców z PSL. Bo sektor prywatny na szczęście zawsze musi kierować się rachunkiem ekonomicznym. Niestety wolno, ale prywatyzacja postępuje – przez pierwsze siedem miesięcy tego roku dochody z prywatyzacji przekroczyły 7 mld zł.

Orliki, astrobazy, Euro 2012, Narodowe Centrum Sportu, NFZ, państwowa edukacja, dotacje, państwowe spółki, refundacja leków, biurokracja związana z wdrażaniem uniodotacji – FAPA, na której żerują PSL-owcy czy Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (i podobne podmioty w każdym województwie), gdzie zatrudnia się wyłącznie członków PO – są po to, by politycy mogli wyciągać pieniądze od podatników, a na intratnych stołkach sadzać znajomych i rodzinę. Do tego samego służy Agencja Rynku Rolnego, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Krajowa Spółka Cukrowa czy państwowa spółka Elewarr opanowana przez PSL, a także Spółka Restrukturyzacji Kopalń, która dawno powinna zostać zlikwidowana, spółką jest tylko z nazwy, a działa jak zwykły nieruchawy urząd. Z kolei obowiązkowe szczepionki, kaski dla narciarzy i rowerzystów, zakaz tradycyjnych żarówek, obowiązek świecenia światłami samochodowymi w dzień, świadectwa energetyczne, obowiązek dolewania biopaliw czy konieczność modernizacji stacji benzynowych kosztem 150 tys. zł to skutek lobbingu producentów, a nie troska o ludzi. Najnowszym pomysłem Ministerstwa Gospodarki jest, by pieniędzmi, które państwo zabierze za uprawnienia do emisji dwutlenku węgla, dopłacać do solarów, energooszczędnych domów, sprzętu AGD i ekosamochodów. Z kolei prezydent Bronisław Komorowski zaproponował, by Polska zainwestowała pieniądze podatników w tarczę rakietową – kończy się powoli budowa autostrad, to będzie można wyciągnąć około 10-14 mld zł przy budowie tarczy. No ale musi być też coś dla klienteli polityków lokalnych, więc władze samorządowe różnych szczebli coraz więcej wydają pieniędzy (których rzekomo nie mają) na… promocję swoich regionów i gmin. Z wyliczeń Najwyższej Izby Kontroli wynika, że najwięcej na promocję w 2011 roku wydało Mazowsze – 10 mln zł, a najmniej Podkarpacie 1,2 mln zł. No i dochodzą do tego zaproponowane przez Komisję Europejską roboty publiczne – zupełnie jak w socjalistycznej III Rzeszy.

Jak to działa? Zdaniem przedstawicieli Bloku Julii Tymoszenko, odsiadującej karę wiezienia byłej premier Ukrainy, łapówki w związku z inwestycjami dotyczącymi Euro 2012 sięgały czasem połowy wartości inwestycji. To i tak niewiele w porównaniu z rekordami, jakie pobija publiczna służba zdrowia w Nigerii. Za jeden ze specyfików, który w sprzedaży detalicznej kosztuje maksymalnie 200 niara (1,2 USD), urzędnicy ministerstwa zdrowia płacili… 119 tys. niara (722 USD)! Oznacza to przepłacenie o 59 400 proc.! Tylko na tym jednym specyfiku urzędnicy zarobili nielegalnie prawdopodobnie 62 mln niara (ponad 376 tys. USD)! Inny przypadek mówi o milionach zakupionych przez nigeryjskie ministerstwo zdrowia zastrzyków, które nigdy nie zostały dostarczone. Nie lepiej jest w krajach bardziej rozwiniętych. Amerykański Departament Rolnictwa wydał ponad 2 mln USD na program stażowy, z którego skorzystał… jeden stażysta, a oficjele z Departamentu Rolnictwa wydali 3 mln USD na sprzęt komputerowy, który nigdy nie został przez nikogo użyty. Z kolei „zaledwie” 235 tys. USD wydano na projekt, który następnie anulowano ze względu na uruchomienie kolejnego. Amerykański Departament Rolnictwa w 2011 roku przyznał 3 mln USD dotacji dla farmerów, którzy w ciągu roku nie zasiali nawet jednego ziarna. W sumie dotacje dostało 2327 farm, które nie zasiały ani jednego ziarna od 2006 roku.

Z jednej strony podnosi się podatki, a z drugiej strony zawęża usługi publiczne. Wprowadzono odpłatność za państwowe studia zaoczne, obniża się jakość edukacji na państwowych placówkach, zamyka się szkoły podstawowe i średnie. Samorządy podwyższają opłaty za przedszkola. Kolejki do lekarzy są coraz dłuższe (na rezonans komputerowy głowy, który może uratować życie, czeka się cztery miesiące, na wizytę u państwowego kardiologa – pięć miesięcy), szpitale coraz bardziej się zadłużają. Ogranicza się refundacje leków. Podnosi się wiek emerytalny do 67 roku życia. Zabiera się ludziom pieniądze z OFE i z Funduszu Rezerwy Demograficznej (już trzeci raz), by wrzucić je do wspólnego worka FUS. – Oni (PO) sprawiają wrażenie względnie dobrej sytuacji, w coraz większym stopniu przerzucając koszty na społeczeństwo – zauważa prof. Jadwiga Staniszkis.

W ten sposób uderza się w zdrową część społeczeństwa, by wspierać i pogłębiać patologie społeczne poprzez zwiększanie wydatków na socjal. Rząd chce, aby dochód na osobę w rodzinie, który uprawnia do uzyskania wsparcia z opieki społecznej, został zwiększony z 351 zł do 456 zł, a w przypadku osoby samotnie prowadzącej gospodarstwo domowe – z 477 zł na 542 zł. W efekcie jeszcze bardziej urośnie armia ludzi uzależnionych od państwa. Czyli znów idziemy śladem III Rzeszy z jej rozbudowaną pomocą socjalną, choć należałoby raczej posłuchać prezydenta Ronalda Reagana, który mówił: „System opieki społecznej  powinien mieć jeden cel: samolikwidację”.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 9 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

Prosimy prześlij dalej nasz artykuł:
27

Tagi strony:,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Więcej artykułów od:..III Rzesza